Dziękujemy wszystkim absolwentom za udostępnienie swoich wspomień związanych II LO im. Emilii Plater.

Zachęcamy wszystkich absolwentów do dzielenie się swoimi wspomnieniami z nami.

To piękny gest.

Niektóre wspomnienia odciskają się w w nas tak mocno, że stają się bardziej doniosłe dopiero długi czas później. Takie chwile jątrzą przeszłość, a przez to są zawsze obecne w naszych wciąż bijących sercach. Niektórych wydarzeń się nie wspomina, lecz przeżywa je od nowa.

R. Scott Bakker

Napisaliśmy list otwarty, skierowany do byłych uczniów „Platerki", w którym prosiliśmy ich o nadsyłanie wspomnień. Z okruchów tego, co zachowała ich pamięć, chcieliśmy odtworzyć obrazy przeszłości, bo przecież nie fakty i daty, ale ludzie i ich przeżycia czynią historię żywą.

 I złożyło się tak, że niezależnie od siebie, z różnych stron Polski - od Krakowa po Gdańsk - nadeszły listy dawnych uczennic Naszej Szkoły, które uczyły się w jej murach mniej więcej w tym samym czasie. W listach tych i na nadesłanych zdjęciach pojawiają się te same nazwiska, te same wydarzenia i ten sam duch, który musiał towarzyszyć ich szkolnym latom. W ten sposób sama ułożyła się historia jednego pokolenia...

 

***

Krystyna Gołębiowska (z d. Zakrzewska)

Wspomnienia z bialskich lat szkolnych (1945-49)

 

Autorka o sobie: Pragnę podzielić się swymi wspomnieniami z roku 1945. Naukę w gimnazjum rozpoczęłam 63 lata temu, więc wszystko widzę jak przez mgłę. To, co zapamiętałam, opisałam. Na ostatnim zjeździe, 10 lat temu,  z mojego rocznika  były dwie osoby...

 Do Białej Podlaskiej przyjechałam z tułaczki ze Związku Radzieckiego 25 kwietnia 1945 roku, wraz z mamą, siostrą i bratem. Ojca, majora WP zamordowano w Charkowie. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy... Przez okres okupacji nie miałam możliwości uczęszczania do szkoły. Edukowała nas Mama i znajomi. Niektórych przedmiotów, jak np. łaciny czy chemii nie uczyłam się wcale, miałam więc braki.

 Zaraz po przyjeździe zapisałam się do I klasy Gimnazjum im. E. Plater i w ciągu dwóch miesięcy udało mi się przerobić program całego roku szkolnego.

 Nasza klasa mieściła się w drewnianym, parterowym budynku. Zachowałam zdjęcie całej klasy na zakończenie roku szkolnego 1945. Pamiętam wiele twarzy, ale zatarły się ich nazwiska. Mile wspominam działaczkę „Wici" Wandę Steckiewicz, od której pożyczałam książki i zeszyty, bo mieszkała blisko mnie na Woli; Dankę Ogłozę (zauważyłam, że starała się nie dotykać klamek, chyba ze względów higienicznych jako córka lekarza...), Aluśkę Marczakównę, siostry Mikołajewskie, Misię, której nazwiska nie pamiętam... Potem byłam w jednej klasie liceum z Włodkiem Furmanem (synem dyrektora handlówki) i Romkiem Kłosowskim, który już wtedy zdradzał zdolności aktorskie, występując w szkolnych przedstawieniach, np. Balladynie


*

Wiele zawdzięczam naszym profesorom, pani dyrektor Anieli Walewskiej, nauczycielowi języka polskiego - panu Gacowi, który czuł się dotknięty, gdy narysowałam w gazetce szkolnej jego karykaturę, ale stopnia mi nie obniżył i zawsze miałam u niego piątkę... 

 Pani Filipczuk uczyła nas biologii. Pamiętam, jak żartowała: Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. Matematyki uczyła pani Pyszyńska. Z jej córką Abą bawiłam się jeszcze przed wojną, gdy przyjeżdżałam do Białej do dziadków. Śpiew prowadził pan Światłowski, który uczył nie tylko mnie, ale też mojego tatę i ciocię, późniejszą nauczycielkę języka polskiego.  Profesor łaciny - Gruzin Maczaraszwili był łagodny i łatwowierny. Na jego lekcjach nietrudno było ściągać i podpowiadać. Często ulegał naszym prośbom i opowiadał o przygodach swojej młodości, o balach, na których trzeba było mieć białe rękawiczki, żeby nie dotknąć gołą ręką obnażonych palców damy... Pamiętam też panie Kowalską, Łuczycką... Ksiądz Barbasiewicz  uczył nas religii. W niedzielę całą szkołą parami chodziliśmy na mszę świętą. Przypominam sobie tragiczny wypadek, gdy podczas remontu kościoła św. Antoniego robotnik spadł z rusztowania i poniósł śmierć na miejscu.

 Rok 1945... Trudne to były czasy, z czego nie zdaje sobie sprawy dzisiejsza młodzież. Nie istniała komunikacja miejska i z Woli chodziło się do szkoły pieszo. W prywatnych domach nie było elektryczności, prąd dostarczano tylko do budynków użyteczności publicznej. Lekcje odrabiało się przy lampie naftowej.

 Nie było też długopisów, pisało się obsadką ze stalówką. Atrament robiłam, rozpuszczając ołówek chemiczny i pismo wychodziło w kolorze fioletowym. Brakowało książek; profesorowie dyktowali nam materiał do nauki.

Odczuwało się brak wszystkiego: odzieży, obuwia, jedzenia. Mama, jako samotna matka z trojgiem dzieci, uciekinierka ze Związku Radzieckiego, dostała paczkę z UNRR-y. Chodziliśmy w wojskowych swetrach i butach z demobilu. Szkolny fartuch okrywał niedostatki ubioru. Obowiązkowo nosiło się tarczę na rękawie (i to przyszyte, nie na agrafce!) oraz granatowe berety, a w lecie - białe tenisówki. Na balu maturalnym, w sali gimnastycznej miałam skromną granatowa sukienkę z białym kołnierzykiem i nie czułam się źle. Teraz moje wnuczki, idąc na studniówkę, miały piękne długie suknie i włosy ułożone przez fryzjera, a bal odbywał się w restauracji.

 Obecnie czasy się zmieniły. Naszej uroczej, mądrej młodzieży żyje się coraz lepiej i wygodniej. Chyba każdy ma w domu telewizor, telefon, komputer, modne ubrania. Bez trudu wyjeżdża się za granicę... Życzę wszystkim uczniom liceum im. E.Plater, żeby zdobyli dyplomy ukończenia wyższych studiów znaleźli satysfakcjonującą pracę... 

 

Wrocław, luty 2008



***

Halina Jędrzejewska (z d. Bilska)

 

Wspomnienia z bialskich lat szkolnych (1945-49)

 

Do II Państwowego Liceum i Gimnazjum Żeńskiego im. Emilii Plater w Białej Podlaskiej uczęszczałam w latach 1945-1949, po czym otrzymałam tzw. „małą maturę" ogólnokształcącą. Następnie przeniosłam się do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Lublinie i tam po dwóch latach nauki zdałam „dużą" maturę, zwaną wtedy „artystyczną".

 Okres zamieszkiwania w Białej wspominam zawsze z sentymentem. Tam się urodziłam, tam przetrwałam wojnę w 1939 roku i okupację, tam ukończyłam szkołę podstawową i gimnazjum, tam miałam wiele koleżanek i kolegów i mam jeszcze do dzisiaj bliską rodzinę. Z czasów nauki w „Platerce" pamiętam prawie wszystkich naszych nauczycieli: przede wszystkim panią Dyrektor Anielę Walewską, pp. Bratkowską, Łuczycką, Pyszyńską, Gaca, Filipczuk, Kowalską, Światłowskiego, Antoniuka, Jucewicz, Lewińską, Siłakiewicza, księży: Dadeja i Barbasiewicza oraz naszego wychowawcę klasy D.Maczaraszwillego.

 Podczas nauki szkolnej należałam wraz z koleżankami do Związku Harcerstwa Polskiego. W drużynie i w zastępach uczyłyśmy się pięknych zasad, zdobywałyśmy wiedzę praktyczną i sprawności (m.in. opiekunki dzieci, tropicielki, lekkiej stopy itd.), a uwieńczeniem naszej przynależności było zdobycie Krzyża Harcerskiego ze złotą lilijką w środku. Niezapomniane były ogniska i biwaki harcerskie oraz obozy wakacyjne w Wiśle, Karpaczu i Złotym Stoku. Wyjeżdżałyśmy też w Polskę na szkolne kolonie letnie, np. do Zakopanego i Rabki Zdroju.

 Nasza szkoła mocno stawiała na sport: były biegi na czas mierzone stoperem, gimnastyka, skoki w dal i wzwyż, siatkówka, szczypiorniak. Uczestniczyłyśmy w międzyszkolnych zawodach sportowych.

 Pamiętam zabawy taneczne urządzane na terenie szkoły - skromne i grzeczne: obowiązkowym strojem były biała bluzeczka i granatowa spódniczka, a  wszystko odbywało się pod okiem nauczycieli obecnych na sali. Partnerami naszymi w tańcu byli chłopcy z I Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Józefa Ignacego Kraszewskiego w Białej Podlaskiej.

 W niedzielę chodziłyśmy parami na Mszę świętą do kościoła św. Antoniego; wyjście poprzedzała zbiórka dziewcząt na placu szkolnym. Pieśni kościelne śpiewał chór z naszej szkoły, a jedną z nich zapamiętałam szczególnie: Błękitne rozwińmy sztandary z refrenem:

Spod znaku Maryi rycerski my huf, 
błogosław nam Chryste na bój.
Stajemy jak ojce, by służyć Ci znów,
My - Polska, my - naród, lud Twój.

Uroczyście obchodzono też w szkole rekolekcje wielkanocne, które odbywały się w odpowiednio przygotowanej sali gimnastycznej. Były to prawdziwe dni skupienia i modlitwy - wolne od nauki.

Przez całe lata szkolne miałyśmy wiele koleżanek i przyjaciółek, ponieważ klasy były liczne (ponad 30 osób) i równorzędne, tzn. A, B i C. Nie potrafię wymienić ilości osób, bo nawet na mojej ulicy Garncarskiej w Białej, gdzie mieszkałam z siostrą i rodzicami - pracownikami Sądu i Poczty - mieszkali również uczniowie naszej szkoły: Roman Kłosowski, Mirosława Gromkowska, Bożena Łupina, Hanna Tarwid, Krystyna Kozłowska i Antoni Oleksiewicz.

Nasza czwórka najbardziej zaprzyjaźnionych koleżanek to były: Maria Ulita, Lidia Osikowska (od dawna już nieżyjąca), Danuta Kononow i ja. Wszystkie miałyśmy ciekawe pseudonimy, nazywałyśmy się: „Bigos", „Bimber", „Chrzan", „Cylinder". Mój pseudonim miał chyba początek od pierwszych liter nazwiska Bilska i przetrwał najdłużej, aż do mojego wyjazdu do Lublina w 1950 r. Tam w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych uczyła się razem ze mną ze szkoły bialskiej Danuta Fydrych, z którą utrzymuję kontakt do dnia dzisiejszego.

 Moja starsza siostra, Krystyna Bilska zdała w „Platerce" dużą maturę i wyjechała - też w 1950 roku - na Wybrzeże, gdzie ukończyła Akademię Sztuk Pięknych. Mieszka na stałe w Gdyni.

 Lublin, dnia 10 marca 2008 r. 

Z albumu Autorki ...
Zdjęcia z lat 1947- 1949



***

Irena Dauksza (z d.Baczyńska, Halina Klekociuk, Krystyna Bilska-Perlicka

Garść wspomnień rozsypanych...

 

List Ireny Daukszy (z d.Baczyńskiej), która napisała także w imieniu koleżanek, przyszedł z Gdańska. Zawierał bogaty zestaw zdjęć, pamiętnik i ...klepsydrę klasy IIIc.

Jesteśmy byłymi uczennicami Gimnazjum im. Emilii Plater w Białej Podlaskiej. Naukę rozpoczęłyśmy we wrześniu 1944 roku.

Olbrzymią rolę w naszym życiu odgrywało harcerstwo. Byłyśmy w 2 Drużynie Harcerskiej „Przedświt", którą prowadziła Janka Safian. Nasz zastęp „Gwiazd" miał bardzo ładny hymn. Tekst napisała Krysia Bilska, a melodię ojciec Danki Markiewicz. Niestety, nie pamiętam go w całości. Były tam m.in. takie słowa:

Świećmy jak gwiazdy nad naszym siołem,
W rodzinie bądźmy zgody aniołem.
Jesteśmy dziećmi Polski i Boga.
Przez prawdę wiedzie miłości droga.

Przypominamy sobie taki fakt. Mieszkamy już w Gdańsku (Krysia w Gdyni). Idziemy Długim Targiem i naraz widzimy, że idzie ksiądz Barbasiewicz, otwiera szeroko ramiona i głośno nas wita słowami: Świećmy jak gwiazdy nad naszym siołem...

Było to niezapomniane spotkanie!

Na pierwszy harcerski obóz pojechałyśmy w 1947 roku do Zakopanego. Jechałyśmy w wagonach towarowych i spałyśmy na siennikach wypchanych słomą. Mieszkałyśmy w góralskiej chacie na Cyrli...

 Harcerki i harcerze witali powracających repatriantów ze Związku Radzieckiego. Jechaliśmy na dworzec i przekazywaliśmy posiłek wychudzonym, ale szczęśliwym ludziom. To były bardzo wzruszające chwile...

 Przybite stopniami z matematyki i geografii wymyśliłyśmy „klepsydrę" klasy IIIc. Trzeba przyznać, że zbytnio nie przykładałyśmy się do nauki tych przedmiotów. Niestety, nie lubiłyśmy nauczycielek, które je wykładały, pani Stasiewicz i pani Filipczuk, i dawałyśmy im niezbyt piękne przezwiska...

 Aby wydrukować tę „klepsydrę", musiałyśmy uzyskać zgodę UB. Pozwolono nam ją wywiesić tylko w szkole, więc umieściłyśmy ją na drzwiach wejściowych naszej klasy. Ale udało też nam się - bardzo rano - nalepić ją na drzwiach szkół męskich. Wskutek tego na dużej przerwie przyszli chłopcy z handlówki z wieńcami i zaśpiewali piosenkę W mogile ciemnej - usia siusia... Nasza wychowawczyni, pani Laskowska, którą bardzo lubiłyśmy, omal nie zemdlała. Wesoło było!

                                                                                  Gdańsk, dnia 14 marca 2008 roku


Zdjęcia z albumu Autorki


***

Irena Augustynik (z d. Charłampowicz)

Wspomnienia z czasów nauki w Gimnazjum i Liceum im. E.Plater 

 

Autorka o sobie: Wspomnienia moje dotyczą dawnych lat, kiedy oba gimnazja, to jest Emilii Plater i Józefa Ignacego Kraszewskiego rozpoczęły po wojnie działalność...  Zaczynałyśmy naukę już w 1944 roku, kiedy jeszcze trwała zawierucha wojenna i nawet Warszawa nie została jeszcze wyzwolona.

 Początkowo zajmowaliśmy tylko drewniany budynek stojący wzdłuż ul. Narutowicza. W późniejszym czasie otrzymaliśmy murowany gmach należący do kościoła św. Antoniego. Byłyśmy pierwszym rokiem, który zaczynał w 1944 naukę w normalnym trybie, tj. od pierwszej klasy gimnazjum, trwającego cztery lata i - dwa lata liceum, aż do matury, która zdawałyśmy w 1950. Oprócz trzech naszych pierwszych klas naukę rozpoczynały dwie klasy drugie i jedna trzecia. Gimnazjum było wyłącznie żeńskie. Chłopcy uczęszczali do Kraszewskiego.

 Były to dziwne czasy. Pamiętam, jak przez pierwsze miesiące starsi chłopcy chodzili do szkoły z bronią, gdyż wielu z nich opuściło niedawno szeregi partyzanckie. Dziedziniec szkolny zalegały sterty odlewów gipsowych, pozostałych po niemieckim szpitalu wojskowym, który mieścił się wcześniej w naszym budynku. Ani bałagan na boisku szkolnym, ani ciasnota pomieszczeń nie przeszkadzały nam w nauce.

 Dzisiaj wspominamy ze wzruszeniem i sentymentem tamte czasy, wspaniałych profesorów, koleżanki, nasze klasy i lekcje.

 Obowiązywał nas regulamin taki jak przed 1939 rokiem i tak byłyśmy wychowywane - bardzo religijnie, w duchu miłości do Polski i bliźnich.

 Od początku do końca naszej nauki chodziłyśmy w fartuszkach z białymi kołnierzykami i tarczami na ramieniu. Na wyjścia wkładałyśmy granatowe spódniczki i białe bluzki, a na głowy - berety. Dzień w szkole zaczynał się i kończył modlitwą.

 Pewnie już niewiele osób pamięta te wzięte sprzed wojny modlitwy. Przed lekcjami mówiłyśmy: Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była dla nas pożytkiem doczesnym i wiecznym, przez Chrystusa, Pana naszego. Amen. Zaś naukę kończyłyśmy słowami: Dzięki Ci, Boże, za światłość tej nauki. Pragniemy, abyśmy nią oświeceni mogli Cię zawsze uwielbiać, przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

 Religię miałyśmy w szkole - uczyli jej ks. Edmund Barbasiewicz i ks. Emil Dadej. W niedzielę zbierałyśmy się na placu szkolnym, po czym parami maszerowałyśmy na mszę świętą do naszego kościoła św. Antoniego.

 W gimnazjum miałyśmy dwie drużyny harcerskie i chór, który pod dyrekcją prof. Światłowskiego występował na różnych uroczystościach, a także na nabożeństwach w kościele. Prof. Światłowski nauczył nas wielu piosenek partyzanckich, powstańczych, harcerskich i pieśni kościelnych. Zajęcia prowadził z wielkim zaangażowaniem i wiele czasu nam poświęcał, nawet po południu. W jego chórze śpiewałyśmy nie tylko podczas nauki w gimnazjum i liceum, ale również podczas studiów. Na ferie świąteczne przyjeżdżałyśmy do Białej i biegałyśmy na próby, aby potem śpiewać na pasterce czy rezurekcji. Przed większymi uroczystościami śpiewałyśmy także jutrznię, oczywiście, całą po łacinie.

Pamiętam rezurekcję, która odbywała się w kościele św. Antoniego w Wielką Sobotę wieczorem. Odprawiał ją wspaniały, uduchowiony ksiądz Barbasiewicz, wielki przyjaciel młodzieży. I mimo że były to już czasy PRL-u, w uroczystościach tych uczestniczyła kompania honorowa Wojska Polskiego. Podczas procesji, w chwili pojawienia się księdza z monstrancją we wrotach kościoła, kompania ta oddawała salwę honorową.  

W naszej pamięci pozostało wielu profesorów, ale wspomnę tu tylko niektórych: panią prof. Bolesławę Filipczuk, zwaną „Czerwonką" ze względu na rudo-czerwony kolor włosów i rygorystyczne wymagania, delikatną i subtelną prof. Lubinę Kowalską, uczącą historii i zwana przez nas „Lulą"... Inteligentny i dowcipny prof. Dawid Maczraszwili, pochodzący z arystokracji gruzińskiej, mawiał do nas, że matka Stalina była praczką w ich majątku. Uczył nas łaciny. Ze względu na swoją dobroduszność niewiele wymagał wiadomości, nauczył nas natomiast wielu aforyzmów, w których zawarta mądrość - jak mawiał - nigdy się nie starzeje: Per aspera ad astra, Si vis pacem para bellum, O, quam dulce et decorum est pro patria mori, Verba docent, exempla trahunt... Prof. Maria Pyszyńska, wspaniały matematyk, była żoną polskiego oficera zamordowanego w Katyniu. Niedawno zmarły prof. Franciszek Zdanowski, doskonały fizyk i pedagog, uczył nas w klasie matematyczno-fizycznej. Kiedy na pierwszym roku studiów w Akademii Medycznej miałam zajęcia z fizyki w Instytucie Fizyki, w ogóle nie musiałam się uczyć tego przedmiotu... Profesorowie Piotr Gac i Halina Łuczycka uczyli nas polskiego. Pani prof. Łuczycka była osobą szczególnie wrażliwą i uduchowioną, pisała wiersze. Jeżeli nie napisało się w domu zadanego wypracowania, można było się wytłumaczyć, iż „nie miało się natchnienia". I to wystarczało...

Wspomnę jeszcze o naszej pani dyrektor, prof. Anieli Walewskiej. Była to osoba o wielkiej wiedzy, kulturze i takcie. Z ogromnym znawstwem kierowała szkołą, prowadząc nadzór nad wychowaniem i nauczaniem. Była harcerką i nam również wpajała ideały harcerskie.

Pamiętam, jak po otrzymaniu matur siedziałyśmy w klasie i smętnie śpiewałyśmy Upływa szybko życie, nie zdając sobie wówczas sprawy z tego, jak bardzo szybko ono upływa... Pani dyrektor Walewska przechodziła obok otwartego okna naszej klasy i słysząc nasz śpiew, powiedziała: Nie tak. Zaśpiewajcie teraz: „Naprzód dziewczęta".

I pozwólcie, że przytoczę słowa tej piosenki, które były jakby przekazem na nasze dalsze życie.  

Naprzód dziewczęta, precz z bezczynnością,
Podajmy sobie siostrzana dłoń.
Idźmy z energią, idźmy z ufnością,
Naprzód, a śmiało przez życia toń.

Dążmy do celu, ciągle, wytrwale!
Szukajmy nowych, szlachetnych dróg.
Nie ustawajmy w czynu zapale,
A hasłem naszym Polska i Bóg.

W takim duchu wychowała nas szkoła i takie wartości i idee starała się nam przekazać

Biała Podlaska, marzec 2008 roku